Znowu wpadam w stan, w którym nie wiem, która droga jest odpowiednia i żadna z nich na dodatek mnie nie zachęca. Kryzys pełną gębą, zarówno finansowy, jak i emocjonalny. W ogóle nie mam ochoty na cokolwiek, a jakby tego było mało, dopadł mnie nawrót zespołu cieśni nadgarstka i popsułam sobie kolano. :( W tej chwili siedzę właśnie i nie wiem, co ze sobą zrobić. To nie jest tak, że mi się nie chce, po prostu się boję podjąć ryzyko wyjścia z domu, bo to oznacza użeranie się ze społeczeństwem w pełnej krasie. Wczoraj, przykładowo, wracałam sobie z pracy, po drodze udało mi się kupić duży garnek i jakieś pierdoły, przy czym garnek z tymi pierdołami niosłam osobiście własnymi rękoma, bo po co komu torby. Stojąc z tym garem w tramwaju kleciłam już w głowie wiązanki pod adresem każdego pełnosprawnego mężczyzny, który w owym tramwaju zajmował miejsce siedzące. Społeczeństwo budzi we mnie taką frustrację, że czasami aż mnie krew zalewa i nie potrafię z tym nic zrobić. Czasami wystarczy...